W każdym dziecku drzemie filozof. I poeta. I czarodziej... Ten blog będzie o moich Małych Czarodziejach Słów - Kubie i Mai. Ich aforyzmy, gramatyczne potworki, neologizmy i złote myśli. Wszystko, co narodzi się w ich głowach, co ubiorą w słowa, a co ja zdołam usłyszeć i zapamiętać.
Blog > Komentarze do wpisu

Seria Niefortunnych Zdarzeń

Poniedziałek.
Zadzwoniła Maja z obozu harcerskiego. Miała smutny głos i powiedziała, że rano się obudziła z bólem karku i brzucha. Nie mogła schylić głowy. Wyczuła kulkę – to kleszcz. Wyciągnęli jej go po 9.00, musiał się wbić popołudniu, więc przesiedział w niej ze 14 godzin... Pielęgniarka wyjęła go, był trochę opity, ale teraz bardzo, bardzo boli ją brzuch i głowa. Spanikowałam. Chciałam natychmiast jechać te 400 km! Musiałam się wspomóc lekami uspokajającymi, bo myślałam, że zwariuję. Poczytałam trochę informacji o kleszczach i ciut się uspokoiłam – nawet jakby coś, to nie dają natychmiastowych objawów – po tygodniu, po miesiącu, ale nie po godzinie. Potem Maja mi powiedziała, że brzuchy bolą kilka osób, dwie w ogóle nie wstają z łóżka, a wieczorem się dowiedziałam, że jeden chłopiec wymiotował cały dzień i został na obserwacji w szpitalu... Widać wszyscy się czymś struli. Piotr mnie uspokajał, ze na najgorsze ją zaszczepiliśmy. Noc miałam niespokojną, ciągle jakieś koszmary. Następnego dnia rano głowa Maję przestała boleć, brzuch prawie nie bolał, a gulka po kleszczu się zmniejszyła. Pani pielęgniarka powiedziała, że wszystko będzie dobrze. Pocieszałam się, że sama też łapałam kleszcze na obozach harcerskich i nic mi nie było. Na wszelki wypadek łyknęłam więcej uspokajaczy...

Wtorek.
Kuba wyjechał na 2 tygodnie do Szwajcarii. Poleciał sam, do swojej cioci. W drodze do Zurichu wykupiłam mu asystę. Z powrotem wracał ze swoja rok starszą kuzynką, obytą już z lotniskami, gdyż co roku przylatuje do nas na wakacje. Dzieci mają skończone 12 i 14 lat, więc mogą podróżować samodzielnie. Wylot z Zurichu miały o 12.05. Jeszcze dosłownie parę minut przed południem Kuba do mnie pisał, że już siedzą pod gate’em i zaraz wchodzą do samolotu. W żartach odpisałam – tylko do tego właściwego! O 12.12 zadzwonił Kuba – samolot odleciał bez nich! AAAA!!! To niemożliwe!!! A jednak... Nie wsiedli... Szybko telefon do mojej siostry – dobrze, że nie zdążyła jeszcze wsiąść do pociągu powrotnego do domu i była w pobliżu lotniska. Myślałam, że serce mi wyskoczy! Siedziałam w pracy – konsternacja, wszyscy ucichli i nasłuchiwali moich rozmów – z siostra, Kubą, Piotrem i panią z lotniska... Włączył mi się jakiś mechanizm i chociaż sama miałam trzęsawkę, to pocieszałam Kubę, żeby się nic nie martwił, że przylecą następnym, bagaże się nie zgubią, a wieczorem się widzimy i będziemy się z tego śmiać. Dobrze, że Piotr ma spokoju za nas wszystkich – najpierw pytanie – Co ty gadasz? Jak to nie wsiedli??? Potem pocieszenie mnie, że przecież jest z nimi moja siostra i wszystko załatwi. A potem śmiech i stwierdzenie, że przynajmniej będą mili przygodę. Znowu łyknęłam uspokajacze. 

Mojej siostrze udało się załatwić bilety na następny lot i tym razem wykupiła im już asystę. Dodatkowo pozwolili jej zostać z dziećmi w strefie bezcłowej do samego odlotu. Mieli 5 godzin czekania na lotnisku. Dla mnie to było 5 godzin łażenia w kółko z trzęsącymi się rękami. Wieczorem okazało się, że mają 45 minut opóźnienia. Serce waliło mi jak oszalałe, aż sobie zmierzyłam ciśnienie. Jestem niskociśnieniowcem, tym razem miałam 160/92...  W międzyczasie zadzwonił tato i zapytał jak dzieci doleciały i dlaczego nie dzwonię. Powiedziałam więc, że nie doleciały... Tato na to: Kiepski żart. A potem: Takie rzeczy się nie zdarzają! Odetchnęłam dopiero o 20.00 na lotnisku, jak utuliłam dzieci. Ale to tylko na chwilę. Bo jeszcze zadzwoniła Maja, że tego dnia będą chatki – czyli nocowanie w lesie w zbudowanych przez siebie szałasach. Sami, bez opiekunów. Tato mnie uraczył opowieścią, jak to kiedyś na takich chatkach wlazł mu borsuk do szałasu. A ja sobie przypomniałam, że jak zdobywałam sprawność Trzy Pióra i nocowaliśmy w lesie, to nad ranem przyszły do nas dziki. Kładąc się spać miałam tylko nadzieję, że Maja tę noc przetrwa bez takich przygód.

Środa.
Gdy wróciłam z pracy w domu nikogo nie było. Piotr zabrał dzieci do dziadków. Moim oczom ukazała się Lulka z miną winowajcy, a w pokoju dziecięcym sterta nadgryzionych czekolad! Dzieci przywiozły je ze szwajcarskiej fabryki czekolady i były zapakowane na prezent! Szybko przeliczyłam - było 6 nadgryzionych, jedno puste opakowanie i jakieś strzępy. Na opakowaniu zbiorczym było napisane 8x100 g. Znaczyło to, że Lulka zjadła ponad 2 tabliczki czekolady! Wiem, że czekolada psom szkodzi, ale dopiero po przeczytaniu informacji w internecie zobaczyłam jak bardzo. Do tego sporo folii aluminiowej... Próbowałam spowodować wymioty, ale nie udało się. Szybki telefon do weterynarza. Po konsultacji dałam jej do picia wodę utlenioną, ale ona też nie spowodowała wymiotów. Wizyta w lecznicy - węgiel, parafina, wenflon, zastrzyk, 2,5 h pod kroplówką, na wyjście znów parafina. Wieczorem kolejna wizyta i znów węgiel. Lulka dziwnie pobudzona. Następnego dnia do kontroli. W międzyczasie zadzwoniła Maja – wrócili z chatek dopiero popołudniu, wieczorem padał deszcz, szałasy przeciekały, mieli nocną przygodę z lisem, ale w sumie było ekstra! Rano rozpalili nielegalne ognisko w lesie, a potem 5 osób trafiło do pielęgniarki z kleszczami. W tym ona! Tym razem wbił się na krótko.

Ja już nie chcę więcej przygód...

Czwartek.
Podjechałam do pediatry w sprawie kleszczy. Pani doktor zdecydowanie mnie uspokoiła. Możemy dla spokoju zrobić Mai badanie krwi w sierpniu. Lulka zaliczyła drugą kroplówkę, ale bardziej profilaktycznie, gdyż nic złego się z nią nie działo. Po akcji z czekoladą zostało tylko wspomnienie. Kuba z Klementyną pojechali sami zwiedzać Warszawę. Zaliczyli Stadion Narodowy, plażę nad Wisłą, rejs promem, spacer bulwarem, Syrenkę i ogrody BUW. Po 5 godzinach szczęśliwie wrócili do domu. A wszystko sami, bez żadnego nadzoru i udało im się nie zgubić.

Mam nadzieję, że idzie ku lepszemu, a tamto to było jakaś pechowa trzydniówka...

sobota, 25 lipca 2015, gopio1

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2015/07/27 14:38:42
Nic, tylko mieć dzieci... :) :) :)
Dobrze, że skończyło się na strachu. A na Lulkę Gryzeldę polecam kupić szafę. Pancerną. Albo dwie...? ;)
-
2015/07/27 18:38:04
Tia... Kto ma dzieci, temu nuda nie grozi :-D